Architektura,  Hiszpania,  Miejsca niezwykłe,  Święci,  Szlaki pielgrzymkowe,  Wędrówki poza szlakiem

Klasztor Królewski Santa María de Guadalupe. Estremadura

Guadalupe. Dzisiaj czeka na nas bardzo czarowne miejsce. Leży na tyle daleko od głównych arterii komunikacyjnych, że trzeba poświęcić mu cały dzień, jeśli planujemy wycieczkę z Madrytu. Warto !

Guadalupe w Estremadurze. A właściwie Klasztor Królewski Santa María de Guadalupe.

Pierwsze skojarzenie?

Meksyk? Bardzo dobrze, tylko odwrotnie 😉

Ja także najpierw usłyszałam o meksykańskiej Guadalupe i z tą wiedzą dotarłam do tej hiszpańskiej. Moje skojarzenie było natychmiastowe, jako, że uwielbiam śledzić i notować w pamięci takie tropy. Zdradzę Wam swoją teorię.

Odkrywcy z hiszpańskiej Estremadury

Estremadura, gdzie leży hiszpańskie miasteczko Guadalupe, to ziemia zubożałych hidalgos, którzy wyruszyli na podbój Nowego Świata, w nadziei na sławę i bogactwo. W dalekiej i pełnej niebezpieczeństw podróży towarzyszyła im ich protektorka – figurka Matki Bożej z Guadalupe. Kiedy więc na nowej ziemi, wydartej walecznym Aztekom rozeszła się wieść, że oto na wzgórzu Tepeyac objawiła się kilkakrotnie Matka Boża, którą Indianie nazywali „Coatlallope”,  co w języku nahuatl oznacza „tą, która depcze węża”, skojarzenie Hiszpanów mogło być tylko jedno. „Coatlallope”=”Guadalupe”. To jasne jak słońce, że dotarła tu z nimi Nuestra Señora de Guadalupe!  Na dodatek Matka Boża, posługując się ubogim Indianinem, Juanem Diego, przesłała biskupowi Zumaradze kastylijskie róże… w grudniu, na znak prawdziwości objawienia.

Nota bene: po latach będąc w katedrze w Puebli w Meksyku, gdzie trwał wykład na temat tożsamości sanktuarium w Guadalupe, usłyszałam potwierdzenie teorii, którą uważałam wcześniej za własną. 😉

*

Wracajmy jednak do Hiszpanii.

Według legendy figurka Matki Bożej z Guadalupe to jedna z madonn św. Łukasza Ewangelisty.

Cudowna figura

Wykonana jest z drewna cedrowego, ma 59 cm wysokości, waży ok. 0,40 kg i przedstawia Matkę Bożą jako Rodzicielkę z Dzieciątkiem Jezus na kolanach. Sama figura, hiszpańskim zwyczajem, strojona jest w bogato zdobione suknie, spod których widać tylko dłonie i twarz Matki Bożej i Dzieciątka Jezus.

W VI wieku rzeźba Matki Bożej znajdowała się w Rzymie, w prywatnej kaplicy papieża Grzegorza I. Wtedy to papież podarował ją swojemu przyjacielowi św. Leanderowi, arcybiskupowi Sewilli. Do Hiszpanii przywiózł figurę drogą morską młodszy brat biskupa, św. Izydor Sewilski. Już tej podróży miały towarzyszyć liczne cuda.

W 711 roku figurę otaczaną czcią przez wszystkich mieszkańców południowo-zachodniej Hiszpanii wraz z dzwonem i dokumentami, z obawy przed atakujacymi Hiszpanię Arabami, ukryto w jaskini w okolicach Villuercas,  nad niewielką rzeką. Arabowie, podbiwszy te ziemie zaczęli nazwać rzeczkę „Guadalupe”, co prawdopodobnie znaczy „rzeka miłości” lub „ukryta woda”. Figura została zapomniana na prawie 600 lat. I jak podaje legenda – „cudownie” odnaleziona. Jak? Najwyraźniej Matka Boża chciała być odnaleziona i tak jak innych znanych objawieniach, zamanifestowała swoja obecność w jaskini intensywnym światłem. Co żyło wokół rzuciło się na kolana, łącznie z krowami pewnego prostego pasterza, co ten, całkiem rozsądnie, uznał za znak nadprzyrodzony.

Klasztor

W miejscu odnalezienia figurki postawiono prostą kaplicę. Gdy w 1340 roku król Alfons XI szykował się do wojny, właśnie tu szukał wsparcia. Po zwycięstwie nad Maurami w bitwie pod Salado, przystąpił do budowy kościoła i klasztoru, do którego sprowadził hieronimitów. Z biegiem czasu rozbudowywano kompleks, aż stał się jednym z największych i najważniejszych sanktuariów maryjnych w Hiszpanii. Chrześcijanie uwolnieni z niewoli przybywali tu podziękowac Matce Bożej i ofiarować jej symbolicznie swoje łańcuchy.W okresie wielkich odkryć geograficznych Guadalupe stała się sławna za sprawą Kolumba, który przywiózł tu pierwszych Indian mających przyjąć chrzest.

Klasztorne krużganki z przełomu XIV i XV wieku to nie lada atrakcja dla każdego miłośnika gotyku i sztuki mudejar. Na uwagę zasługuje również refektarz, z którego opiekunowie sanktuarium ( obecnie franciszkanie ) są bardzo dumni. To właśnie w tym miejscu czeka jedyna w swoim rodzaju kolekcja obrazów, szat kościelnych oraz zabytkowych ksiąg. Kolejne niespodzianki czekają na zwiedzających w zakrystii. Tu zachwyca przede wszystkim wspaniała dekoracja malarska ( Zubaran ), dzięki której zakrystia ta często nazywana jest „hiszpańską Kaplicą Sykstyńską”.

Królewski klasztor Matki Bożej z Guadalupe został w 1993 roku wpisany na Światową Listę Dziedzictwa kulturalnego i przyrodniczego UNESCO.

***

Nie może oczywiście zabraknąć wątku osobistego.

Moja przygoda z językiem hiszpańskim zaczęła się w momencie, kiedy podczas pierwszego pobytu w tym kraju byłam zmuszona tłumaczyć kustosza sanktuarium Matki Bożej w Guadalupe właśnie. Starszy szacowny ksiądz nie pominął chyba żadnego eksponatu, żadnej sukienki Matki Bożej. A mój mózg przetwarzał usłyszane zdania przez francuski, pobieżną znajomość włoskiego i bazową łacinę z liceum.  Uskrzydlona tym sukcesem postanowiłam, że nauczę się hiszpańskiego. Ale oczywiście nie na jakimś kursie, to byłoby zbyt proste i oczywiste. 

*

Jak to zwykle w moim życiu zadziałał przypadek. Dokładnie wtedy otwarto na UMCS-ie iberystykę i pojawili się hiszpańscy lektorzy. Tak się szczęśliwie złożyło, że moja serdeczna znajoma postanowiła potwierdzić swoją nabytą już wcześniej znajomość języka oficjalnym papierkiem. A że jest osobą niezwykle towarzyską i co tu mówić, gadatliwą, natychmiast zaprzyjaźniła się jedną z lektorek i tak w moim życiu pojawiła się Luisa. Podczas jednego ze spotkań towarzyskich zwróciłam się do Luisy: „Come cara, porque no comes?” a ona prawie upuściła salaterkę z sałatką, bo podobno zabrzmiało to jakby usłyszała rodowitą Hiszpankę. I postanowiła w tym momencie, że ona nauczy mnie hiszpańskiego.

Dziękuję Luisa Cobo Aguilar, moja pierwsza radosna cierpliwa nauczycielko!

Potem walczyłam już sama. I może bym zrezygnowała, gdyby nie kolejny przypadek -zamieszkałam w Krakowie i odkryłam tam Instytut Cervantesa. Zapisałam się intensywny kurs wakacyjny – 5 dni w tygodniu, 5 godzin dziennie. Przez miesiąc. Boszeee, jaki to był cudowny czas. Czułam się szczęśliwa. Wychodziłam z lekcji i dalej myślałam po hiszpańsku. Ale to było dawno …

Tak, tak, kiedyś miałam podobno świetny akcent. Dopóki nie zapragnęłam mówić także po portugalsku. No ale, to już wiecie…

Dosyć tych dywagacji i wspominania dawnych przewag. Wierzę, że czekają nowe 🙂

Klasztor w Guadalupe, Estremadura, Hiszpania

*

Wpis pojawił się jako: Kroniki z czasów koronawirusa, cz.65, środa, 21 Maja 2020

***

Na koniec prośba:

Jeśli spodobał Ci się mój tekst będę wdzięczna za poświęcenie mi chwili uwagi:

  • Odezwij się proszę w komentarzu, to momencik, a dla mnie to bardzo ważna wskazówka i motywacja.
  • Jeśli uważasz, że wpis ten jest interesujący na tyle, że warto się nim podzielić się z ze znajomymi – udostępniaj śmiało ! Dla mnie to ważny znak, że ktoś docenia moją pracę. 
  • Bądźmy w kontakcie, jestem na Facebooku / fanpage’u i tu. Codziennie dzielę się tam nowymi zdjęciami, inspiracjami, ciekawymi opowieściami zasłyszanymi podczas podróży. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

%d bloggers like this: